Dary od Przymierza Rodzin dotarły do Jazłowca
Udało się! Wszystkie dary, które przekazali Państwo na rzecz Domu Sióstr w Jazłowcu, zostały szczęśliwie dostarczone do adresatów. Dziękujemy za Państwa ofiarność!
Zapraszamy do zapoznania się z reportażem z wyjazdu, autorstwa pana Marcina Gromnickiego.
„Plan był prosty! Po tygodniu zbiórki świątecznej prowadzonej wokół dnia św. Mikołaja wypadało dary środowiska przymierzowego zawieźć do adresatów, czyli do Sióstr Niepokalanek w Jazłowcu k. Buczacza w woj. tarnopolskim na Ukrainie. Ściślej – do ich podopiecznych, tzn. do pozostałych dzieci i matek ewakuowanych z Charkowa oraz do potrzebujących w okolicy. Z braku lepszego pomysłu do transportu posłużył pełnoletni już (właśnie skończył 18 lat!) minivan Citroen. Mimo, że w sile wieku, to nadal w pełni sił i energii, więc wahań nie było. Ten pomysł okazał się trafiony, ponieważ po wyjęciu prawie wszystkich foteli prezenty idealnie (choć nieco na wcisk) zmieściły się do środka. Nawet siedzenie pasażerskie okazało się przydatne aż pod sam sufit i tylko zgrabna inżynieria pozwoliła zachować tunel wizyjny do lusterka bocznego koniecznego w sytuacji, gdy wsteczne wewnętrzne zostało wyłączone z akcji.
W poniedziałek 11 grudnia, gdy tylko zelżały tradycyjne mokotowskie korki budowlane można było ruszyć w trasę do przejścia granicznego w Hrebennem. Mocno wyładowany samochód nie pozwalał na przesadne łamanie limitów prędkości, toteż w przewidzianym czasie ok. 3 godzin i zaraz za Zamościem udało się potwierdzić zasięg efektu blokady przejścia towarowego. Szczęśliwie akcja ta nie dotyczyła pojazdów osobowych – a w tej kategorii mieścił się jeszcze nasz staruszek, więc dojazd do terminala odbył się bez kłopotu. Tu jednak sytuacja okazał się mniej różowa, gdyż celnik z drugiej strony granicy uprzejmie poinformował naszych przyjaciół o zmianie przepisów dotyczących pomocy humanitarnej od dnia 1 grudnia polegającej na tym, że obdarowywane organizacje muszą być ujęte w specjalnym rejestrze. Powodem zmiany była podobno nieco zbyt energiczna inicjatywa biznesowa, która pod przykryciem transportów pomocowych zajmowała się bezcłowym importem różnych dóbr, w tym szczególnie tych objętych maksymalnymi stawkami celnymi. Oznaczało to konieczność skierowania się do biura Służby Celnej Ukrainy i wypełnienia skomplikowanego formularza. Bóg jednak strzegł swojego grzesznego sługę (kierowcę Citroena), gdyż okazało się, że Siostry nie są jeszcze ujęte w rejestrze, a nawet nic o nim nie wiedzą. Kilka wizyt w różnych pokojach, apele do sumienia i zrozpaczona mina skłoniły zakłopotanych funkcjonariuszy do zasugerowania zmiany kategorii transportu z pomocy humanitarnej na prywatną (nie więcej niż 20 kg towaru) i skierowania pojazdu z powrotem na regularne przejście. Tam, mimo pewnych wątpliwości co do przypuszczalnej wagi ładunku wobec dość wyraźnego nacisku na osie pojazdu, miła funkcjonariuszka wzruszyła się losem sierot oraz głodnych dzieci w Jazłowcu i w końcu machnęła ręką na brednie wygłaszane przez Państwa przedstawiciela. Połowa sukcesu została więc osiągnięta!
Dojazd do Lwowa nie stanowił kłopotu. Wszechobecne jeszcze niedawno barykady kontrolne na większych skrzyżowaniach stały otworem (zapewne ich obsada została już zmobilizowana), a droga wyremontowana jak wiele innych przed wybuchem obecnej fazy wojny pozwoliła szybko minąć gród Semper Fidelis i ruszyć dalej w kierunku Tarnopola. Szosa ta, jako jedna z głównych w kierunku wschodnim jest jednak mocno zatłoczona wszelkiego rodzaju transportami koniecznymi do trwania kraju w obronie. Dlatego też boczna droga w kierunku Przemyślan i Brzeżan okazała się nęcąca. Towarzysz GPS nie starał się odwieść od tej myśli, więc wybór był łatwy. Droga wiła się pięknie zaśnieżonymi lasami pomiędzy niewysokimi zboczami Gołogór i byłaby to iście bajkowa podróż, gdyby nie fakt, że koleiny śnieżno – lodowe na niezbyt uczęszczanej mroźnym wieczorem szosie stawały się coraz głębsze i twardsze, więc samochód coraz częściej zgrzytał o nie elementami podwozia. W końcu dał się słyszeć głośny metaliczny hałas, coś szarpnęło, urwało się i zapanował spokój. Z ulgą, gdyż jak wiadomo straty muszą być, aby zwyciężyć – udało się chwilę później wjechać w granice historycznych Podhajec znanych z aż dwóch znaczących zwycięstw polskiego oręża. I tam dopiero na stromym podjeździe nad głównym skrzyżowaniem miasteczka ranny, wierny Citroen odmówił współpracy. Pełen ambiwalentnych uczuć (wściekłości, że tak blisko celu oraz głębokiej wdzięczności, iż to jednak nie środek zimowego lasu) kierowca wysiadł i spytał samotnego przechodnia o warsztat. Przechodzień nie okazał się przypadkowy, lecz zesłany przez jedną z opiekunek wyprawy (którą – czy M. B. Jazłowiecką, czy też bł. Marcelinę Darowską – nie zostało jeszcze ustalone/śledztwo trwa), bo był to płynnie mówiący po polsku policjant po służbie, który natychmiast wezwał na pomoc swoich kolegów. Ci jednak odmówili holowania transportu do Jazłowca (59 km) sumitując się faktem automatycznej transmisji swojego pojazdu i zepchnęli go jedynie w dół w bezpiecznie oświetlone miejsce zapewniając, iż będą nad nim czuwać, a rano pomogą z warsztatem. Mimo wyrzutów sumienia nie pozostało więc nic innego, niż wezwać niezawodne posiłki na pole kolejnych zmagań w Podhajcach. Godzinę później (23.00) jak zwykle radosne oblicza S. Julii i jej „cywilnej” pomocnicy Iriny orzeźwiły na przemian drzemiącego i marznącego ( – 6 C) kierowcę. Szczęśliwie pojazd sióstr okazał się jeszcze pojemniejszy, więc wszystkie efekty dobroci serc przymierzaków i ich rodziców zmieściły się do niego, a termos z gorącą herbatą i kanapki przywróciły chęć do życia zbłąkanego kierowcy.



Tym samym założony powrót do domu następnego dnia okazał się niemożliwy i trzeba było wrócić do Podhajec, gdzie rekomendacja policyjna nie była specjalnie potrzebna entuzjastycznie nastawionym do braci Polaków mechanikom i ich klientom, którzy w sile ośmiu chłopa ślizgając się i przewracając (czysty lód na ulicy) zapchali i zaciągnęli auto do naprawy. Tam, porzucając inne pilne prace ustalili, że tajemniczo brak jest ważnego (szczególnie w zimie) urządzenia do podgrzewania paliwa pomiędzy bakiem, a silnikiem i nadzieja na uzyskanie go skądkolwiek w bliższej lub dalszej przyszłości jest raczej płonna. Po krótkiej, acz burzliwej naradzie ataman grupy zdecydował o przyjęciu najprostszego rozwiązania – spięciu dwóch luźno zwisających gumowych rurek „na krótko” i silnik zapalił, aż miło. Raz jeszcze okazało się więc, że prawdziwy mechanik naprawi wszystko i nie potrzebuje przy tym wymienić połowy maszynerii, co na moment nasunęło dawne, wzruszające wspomnienia z Ojczyzny.
Zdarzenie to pozwoliło na nieplanowane spędzenie reszty dnia w towarzystwie SS. Julii (przełożonej), Szymony, Tetiany oraz p. Iriny – ich pomocnicy i p. Julii uczącej dzieci mieszkające w Domu i okoliczne angielskiego w pięknym pałacu i parku jazłowieckim w cieniu ruin średniowiecznego zamczyska. Rozmowy z dziećmi w łamanym języku ukraińsko/polsko/rosyjskim oraz niespieszne odwiedziny w grobowcu Sióstr i popołudniowa msza św. w kaplicy Panny Jazłowieckiej były dodatkowymi atrakcjami. Dopiero więc we środę udało się wyruszyć w drogę powrotną i mimo krótkiego kryzysu spowodowanego ponowną odmową kontynuacji podróży przez auto po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów i holowaniu do Buczacza, podczas którego ewidentnie udało się przetkać spięte „na krótko” rurki zatkane zmrożonym paliwem. Dalsza podróż przebiegła bez zakłóceń, a nawet bardzo komfortowo dzięki pasażerowi z dyplomatycznym paszportem, co pozwoliło uniknąć kilkugodzinnej kolejki wjazdowej do Rzeczypospolitej. Nawet krótki postój w ogromnie zatłoczonym przez uchodźców ze Wschodu Lwowie, aby oddać jeszcze przesyłkę w katedrze i spożyć tradycyjny ukraiński barszcz oraz pierożki nie opóźnił specjalnie powrotu autem opróżnionym już szczęśliwie ze świątecznych prezentów, ale pełnym wdzięczności, śmiechu i radości dzieci, które można obejrzeć na zdjęciach i filmach na stronie Przymierza.
Wielkie dzięki za Wasze dobre serca oraz bardzo serdeczne życzenia błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia dla całej społeczności Przymierza z Jazłowca!„