Zmarł Jan Gromnicki
Z przykrością informujemy o śmierci pana Jana Gromnickiego – archeologa, wybitnego działacza społecznego, krzewiciela patriotyzmu, aktywnego obywatela, a przede wszystkim ojca pana Marcina Gromnickiego, pełniącego funkcję skarbnika w Stowarzyszeniu Przymierze Rodzin.
Rodzinie składamy serdeczne wyrazy współczucia i zapewniamy o modlitwie.
Pragniemy podzielić się niezwykłą historią zmarłego, związaną z bł. Marceliną Darowską i zgromadzeniem sióstr niepokalanek w Jazłowcu. Poniżej publikujemy fragment reportażu Barbary Sułek-Kowalskiej z 176 nr. Tygodnika TVP z 2 kwietnia 2021 r.
BEZPOŚREDNI KONTAKT Z NIEBEM
– Nie ma w tym przecież żadnej mojej zasługi – dziwi się pan Jan Gromnicki, kiedy namawiam go na opowieść o życiu rodziny, w której świętość jest na wyciągnięcie ręki.
Kiedy Kościół katolicki ogłasza nazwiska nowych świętych i błogosławionych, w tle jest całe ich życie, z rodzicami i rodzeństwem, kuzynami, bratankami czy dziećmi i wnukami. To jest także ich dziedzictwo, choć zazwyczaj nie zwracamy na nie uwagi. Kiedy „zwyczajny” człowiek modli się i prosi o wsparcie tego czy tamtego świętego, to jego krewni dodają do tego własne wspomnienie o stryju, prababce, bracie czy synu.
Ogromna wiedza, głęboka kultura, urok osobisty i przedwojenna dystynkcja sprawiły, że znajomość z panem Janem Gromnickim była i jest zaszczytem. Wraz z mężem wymienialiśmy z nim opinie, podejmowaliśmy niekiedy wspólne działania w kręgu naszej parafii, dzieliliśmy się pomysłami, korzystaliśmy z jego ogromnej wiedzy w dziedzinie varsavianów i – niezależnie – dziedzictwa kawalerii, zwłaszcza Ułanów Jazłowieckich. Ojciec i dziadek pana Jana byli bowiem oficerami 14 pułku. Podziwialiśmy jego ogromne zaangażowanie na tym polu, podtrzymywanie więzi z potomkami żołnierzy tej formacji i przy tym stałe, bliskie – niemal rodzinne – kontakty ze Zgromadzeniem Sióstr Niepokalanek.
Przed wojną – kiedy pan Jan był małym chłopcem – zgromadzenie prowadziło dom w Jazłowcu, a ułani regularnie przybywali tam na spotkania i doroczny meldunek u Matki Boskiej, ale żeby z tego powodu, osiemdziesiąt lat później, utrzymywać bliskie kontakty z zakonnicami, które nigdy w Jazłowcu nie mieszkały?




Jazłowiec
Któregoś dnia pan Jan dowiedział się o wielkim zmartwieniu dotyczącym zagrożonego zdrowia dwóch osób i zadeklarował modlitwę w ich intencji – po czym z właściwym sobie delikatnym poczuciem humoru stwierdził, że ma przecież bezpośrednie kontakty w niebie. Bezpośrednie? Znak zapytania musiał krzyczeć w moich oczach, więc pan Jan spokojnie i z pewnym ociąganiem wyjaśnił, że jest praprawnukiem Marceliny Darowskiej.
Obraz w sepii
Oczywiście, wiedziałam, kim jest i co zrobiła Marcelina Darowska, z domu Kotowicz h.Korczak (1827-1911), panienka z podolskiego dworu w Szulakach k. Białej Cerkwi, ze znakomitymi koligacjami. Skończyła pensję dla dobrze urodzonych panien w Odessie i już wtedy otwarcie deklarowała zamiar wstąpienia do zakonu. W 1849 roku została jednak wydana za mąż. Urodziła dwoje dzieci, a kiedy doszła do siebie po przedwczesnej śmierci męża (1852) i synka (1853), postanowiła zrealizować swoje wielkie marzenie o życiu duchowym. W rezultacie została współzałożycielką zgromadzenia – tak powstały znane dziś ze znakomitej edukacji siostry niepokalanki.
Marcelina Darowska zapewniła córce środki utrzymania, po czym w 1861 roku złożyła w Rzymie śluby zakonne. Dwa lata później przeniosła klasztor do Jazłowca, gdzie wkrótce otworzyła „zakład wychowawczy” dla dziewcząt, nie tając, że przywiązuje dużą wagę do gruntownego wykształcenia, kształtowania przekonań i poczucia obowiązku – w duchu polskości. Miała szeroki rozmach i wiarę w słuszność obranej drogi, bo już w 1875 założyła kolejny dom w Jarosławiu, potem w Nowym Sączu, także ze szkołą, a w 1905 najpierw w Słonimie (dziś Białoruś) i w Szymanowie na Mazowszu, co okazało się działaniem wizjonerskim, bo domy i szkoły dla dziewcząt przetrwały do dzisiaj.
Na stronie internetowej szkoły niepokalanek w Nowym Sączu od razu rzuca się w oczy zestaw – wciąż aktualnych – zasad, którymi w podejściu do wychowanek kierowała się Matka Marcelina: nauczyć dzieci żyć Bogiem; nauczyć, żeby były dobrymi Polakami; żeby kochały obowiązek; nauczyć dzieci myśleć.
W 1996 roku Marcelina została błogosławioną Kościoła katolickiego.
– W życiu naszej rodziny zawsze była obecna – zapewnia jej praprawnuk. – A krewne, kuzynki i znajome mojej babci Heleny to były wychowanki szkoły jazłowieckiej, stąd cały czas był kontakt z żywą myślą Matki Marceliny, bo tak o niej mówiono.
Na ścianie nad stołem u państwa Elżbiety i Jana Gromnickich wisi bardzo stara – jeszcze w sepii – fotografia. Stara i i wymowna: na wózku inwalidzkim siedzi spowita w biały habit starsza już zakonnica i trzyma na kolanach wesołą dziewczynkę z rozwianymi włoskami, a ich poza wskazuje na wzajemną bliskość i zaufanie. Ta dziewczynka to Ewa Łoś, mama pana Jana. A zakonnica to Matka Marcelina, jej prababcia.

Matka Marcelina z małą Ewą Łoś. Fot. Archiwum Jana Gromnickiego
Czy to zdjęcie jest z Jałowca czy z Sącza? – Ponieważ ojciec mamy był starostą w Grybowie, stąd mama była wychowanką szkoły w Nowym Sączu, gdzie pamięć o Matce Marcelinie jest wciąż jeszcze zmaterializowana: są tam nawet cele, w których mieszkała, bo przyjeżdżała do tego klasztoru na dłuższy czas. Są także jej rękopisy. Kiedy mama jeździła tam w odwiedziny, miała te pamiątki w zasięgu ręki. A i ja chodziłem dosłownie po śladach praprababki – opowiada pan Jan.
Tak naprawdę Matka Marcelina była spiritus movens spotkania, które zakończyło się małżeństwem jego rodziców. Otóż, ojciec Jana jako młody ułan 14 Pułku – po wojnie polsko-bolszewickiej, po słynnej szkole kawalerii w Grudziądzu i nawet po kilku latach służby w KOP-ie (Korpus Ochrony pogranicza – przyp. red.) – wrócił do Lwowa i tam, u dalekich krewnych, spotkawszy piękną pannę, zaczął opowiadać o przodkach: że jest spokrewniony z samą założycielką Jazłowca. – Jak to?! – zaprotestowała panna. – Ja przecież jestem jej prawnuczką!
Bo rzeczywiście, oboje mieli odpowiednie koligacje, babka kawalera była z domu Kotowicz i była rodzoną siostrą Marceliny Darowskiej. Wkrótce para wyjaśniła sobie wszystko i dała na zapowiedzi. Jak w bajce, chociaż rzeczywistość bajkowa nie była.
– Po rewolucji 1917 roku na Podolu zrobiło się gorąco – opowiada pan Jan. – Dziadek Jan Paweł Gromnicki z dwoma synami, moim ojcem i stryjem, wyjechał do Winnicy, tam chłopcy (17 i 15 lat) poszli do szkoły, wstąpili do harcerstwa i wreszcie wszyscy trzej zaciągnęli się do 14 Pułku Ułanów, właśnie Jazłowieckich. Dziadek już w latach 1916–1918 był jednym z organizatorów Polskiej Organizacji Wojskowej w Odessie. I walczył między innymi w bitwie pod Jazłowcem, podczas której oswobodzony został klasztor sióstr niepokalanek.
Historia klasztoru stanowiłaby potężniejszy od tej rodzinnej opowieści rozdział, więc trzeba błyskawicznie przesunąć się o kilkadziesiąt lat polskich dziejów. Siostry niepokalanki zawsze były obecne w życiu rodziny: babcia Helena – ta dziewczynka z kolan Matki Marceliny – całą wojnę przemieszkała w Nowym Sączu, bo mama pana Jana cudem zdobyła dokumenty na wyjazd ze Lwowa do Generalnej Guberni; tata już nie żył – zginął w KL Auschwitz.
– Siostry niepokalanki już przed wojną dbały o budowanie środowiska – mówi Jan Gromnicki. – Powstało Koleżeńskie Zjednoczenie Jazłowieckie, które dawało wsparcie do wszelkich działań w czasie najtrudniejszym.
Niepokalanki prowadziły tajne nauczanie, dawały lokale konspiratorom, przechowywały dziewczęta z żydowskich rodzin, w klasztorze w Słonimie. Dwie siostry – Ewa Noiszewska i Kazimiera Wołowska – zapłaciły za to życiem i dzisiaj też są wśród błogosławionych Kościoła katolickiego. Przełożona domu przy ul. Kazimierzowskiej w Warszawie, s.Wanda Garczyńska zostala odznaczona medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Może dzięki temu już po wojnie, nowa, komunistyczna władza nie odebrała zakonnicom szkół.

Mała Ewa Łoś, wychowanka niepokalanek z Nowego Sącza. Fot. Archiwum Zgromadzenia S. Niepokalanek
– W każdym domu naszej licznej rodziny wisiały fotografie Matki Marceliny, także naszych babek czy ciotek z nią samą oraz, oczywiście, obrazki Matki Bożej Jazłowieckiej, toteż czy w świecie, czy w Polsce do sióstr jedzie się jak do rodziny – podkreśla pan Jan. – Trzeba dojrzeć do tego, żeby docenić znaczenie tej wartości, jaką jest święta w rodzinie – dodaje. – Dojrzeć i do tego, że Matka Marcelina majątek przekazała na rzecz zgromadzenia. Zobaczyć, jakie to jest fascynujące, że ta kobieta, nasza praprababka w ekstremalnie trudnych warunkach działała w taki sposób, że to wszystko, co rozpoczęła: klasztory, szkoły, wydawnictwa – działa do dzisiaj.
Toteż Jan Gromnicki, rocznik 1932, nie zwalnia: prowadzi Stowarzyszenie Rodziny Jazłowieckiej, które – jak kiedyś w Jazłowcu – zjeżdża do Szymanowa na opłatek i meldunek ułański, bierze udział we uroczystościach sióstr niepokalanek, wspiera na różne sposoby ich działalność, opiekuje się grobami ułanów, prowadzi archiwum i udostępnia je badaczom. Jest nawet „zbiorowym dziadkiem” uczennic ze szkoły w Jarosławiu.
Beatyfikacja Marceliny Darowskiej nie była punktem zwrotnym, choć wiele aspektów jej życia – mówi praprawnuk – zostało dopiero przy tej okazji wyciągniętych i drobiazgowo opisanych. A 6 października 1996 roku duża grupa rodzinna była zaproszona do Rzymu na uroczystości i audiencję u papieża. – Ale w naszej rodzinie, od kiedy pamiętam, Matka Marcelina była uważana za świętą i w różnych sprawach prosiło się Ją o wstawiennictwo – mówi pan Jan. – I to jest dopiero zobowiązanie, takie pokrewieństwo.
Autorem zdjęcia pana Jana Gromnickiego jest Tomasz Czajkowski.